Lubański: to była wielka rywalizacja

Sport | dodane 2007-10-24 (06:39) 9 lat 11 miesięcy 14 godzin i 47 minut temu
 
Kazimierz Górski powiedział kiedyś „los tak chciał”. Jeden wygrywa los w życiu, drugi na boisku. Najważniejsze, że osiągnęliśmy poziom jaki dziś dla polskich piłkarzy wydaje się nieosiągalny – wspomina Włodzimierz Lubański.

Włodzimierz Lubański i Kazimierz Deyna symbolizują najpiękniejszy okres polskiej piłki nożnej. Dziś trudno w to uwierzyć, ale zdarzyło się, że obaj byli w pierwszej siódemce plebiscytu France Football na najlepszego piłkarza Europy (1972). Rywalizowali w klubach. Górnik Lubańskiego i Legia Deyny były wtedy w czołówce kontynentu, przyjaźnili się w życiu prywatnym. Jak dziś Lubański wspomina Kazimierza Deynę?

Pamięta pan wasze pierwsze spotkanie?

Nie bardzo. Pewnie miało miejsce w rywalizacji klubowej. Choć byliśmy praktycznie równolatkami, zaczynaliśmy na innym pułapie. Ja w wieku szesnastu lat grałem w najlepszej drużynie ligi i debiutowałem w kadrze. Kazia wtedy pewnie mało kto znał. Pierwsze spotkanie? To musiała być druga połowa lat 60-tych. Dla mnie przełomowe było przejście do Górnika, dla niego transfer do Legii. Teraz brzmi to jak bajka, ale wtedy była to europejska czołówka. Trafiliśmy do klubów, które sportowo były na poziomie Manchesteru, Realu, czy Barcelony. Uczyliśmy się od wielkich piłkarzy. Bez tej otoczki nie byłoby późniejszych sukcesów Kazia czy moich.

Deyna i Lubański, Górnik i Legia... Jak dziś ocenia pan ówczesne relacje?

Dziś bardzo trudno znaleźć odniesienie. Myślę o współczesnej polskiej piłce. O poziomie sportowym już mówiłem. To były kluby klasy europejskiej. Górnik składał się w komplecie ze Ślązaków, Legia ściągała do siebie piłkarzy z całej Polski do wojska. Jedni w niej zostawali, inni wracali. Było to coś więcej niż rywalizacja sportowa i pewnie dzięki temu mieliśmy – jako Górnik - kibiców w całej Polsce. Sportowo nas to nakręcało. Chcieliśmy pokazać, że jesteśmy lepsi i zwykle byliśmy. Ale... Nie byłoby wielkiego Górnika, gdyby nie lokalny rywal, czyli Ruch Chorzów i właśnie Legia. Z kolei Kaziu nie byłby tak wielki gdyby nie rywalizował z Bronkiem Bulą. Tak, to była wielka rywalizacja, ale prywatnie akurat z Kaziem byliśmy serdecznymi kumplami.

To znaczy?

Miał wesele Benek Blaut i siedzieliśmy przy jednym stoliku. I tak można wymieniać długo. Spotykaliśmy się prywatnie, znały się nasze żony, na zgrupowaniach, kiedy brakowało w kadrze Zygi Szołtysika, zawsze mieszkałem z Kaziem. On mówił mało, ja też nie byłem zbyt wylewny, ale rozumieliśmy się świetnie. Tym bardziej na boisku. Powiem nieskromnie, jak dwaj wybitni piłkarze.

Gdyby Deyna grał w Górniku?

To było niemożliwe, ale pewnie mielibyśmy szansę na wygranie Pucharu Europy, czyli odpowiednika dzisiejszej Ligi Mistrzów.

Grał pan z Pohlem, Deyną, Bońkiem... I pewnie w nieskończoność będzie trwała dyskusja, kto był lepszy.

Niech trwa, ja jej nie rozstrzygnę. Powiem inaczej – w karierze grałem z 5-6 piłkarzami wybitnymi. Trójka, którą pan wymienił w tym gronie jest. Ernest był w Górniku guru. Absolutny lider, kiedy ja miałem szesnaście lat i byłem jeszcze dzieciakiem, on rządził szatnią i na boisku. Z Kaziem graliśmy już na równych prawach. Obaj byli małomówni, obaj mieli swój świat i nieprawdopodobną, boiskową mądrość. Dziś takich piłkarzy jest spotkać bardzo trudno. Choć Kaziu też strzelał mnóstwo goli, jednak ofensywniej grał Ernest. On jednak długo był typowym napastnikiem. Podanie na „nos”, niekonwencjonalne zagranie... Pod tym względem osiągnęli poziom światowy.

Deyna po panu przejął opaskę kapitana kadry.

To był naturalny wybór. Jak mówiłem, Kaziu dojrzewał do roli lidera kadry. Przełomowy były lata 1970 i 1971. Myślę o kraju. W 1972 roku zachwycił się nim świat. Po mojej kontuzji było oczywiste, że to on przejmie rolę kapitana i lidera.

Nigdy nie było w panu zazdrości? To Deyna poprowadził kadrę do największych sukcesów.

Zazdrość to złe słowo. Pewnie, że wiele razy w głowie sobie to układałem. Mistrzostwa w Niemczech, kolejne sukcesy drużyny. Przecież do chwili kontuzji byłem niekwestionowanym liderem i kapitanem drużyny. Pewnie podobnie byłoby w Niemczech. Mnie te sukcesy ominęły, ale Pan Kazimierz Górski powiedział kiedyś „los tak chciał”. Jeden wygrywa los w życiu, drugi na boisku. Najważniejsze, że osiągnęliśmy poziom jaki dziś dla polskich piłkarzy wydaje się nieosiągalny.

Rok 1978 to porażka Deyny i Lubańskiego.

On grał, był kapitanem... Ja siedziałem głównie na ławce, ale to była decyzja Jacka Gmocha. Wtedy był żal, ale może nie pasowałem do jego koncepcji, nie byłem w takiej formie jak przed kontuzją... Kaziu? Miał 31 lat, był pomocnikiem klasy światowej. Grał wtedy dobrze, ale i tak wszyscy zapamiętają jego mecz z Argentyną i niewykorzystany rzut karny. Był w tym elemencie mistrzem. Miał nieprawdopodobne uderzenie, ale wtedy uderzył piłkę po prostu źle. Słabo, w środek... Ilu wielkich potem pudłowało? Jeszcze raz powtórzę naszego mistrza „Los tak chciał”.

Rok wcześniej wygwizdano go na Stadionie Śląskim podczas meczu z Portugalią. Pan był na tym obiekcie piłkarskim Bogiem.

To prawda. W Chorzowie spotkało mnie wszystko co najlepsze w karierze, choć tam doznałem też kontuzji, przez którą straciłem trzy najlepsze lata kariery. Przeżywał to, ale z godnością. Siedziało w nim mocno, że 100 tysięcy Polaków gwizdało, kiedy był przy piłce, ale grał swoje. Pocieszałem go. Mówiłem, że to incydent, ale do dziś nie bardzo potrafię zrozumieć tej sytuacji. Jeden mecz z Portugalią! Wcześniej grał w Chorzowie wiele razy i był przyjmowany normalnie.

Kiedy wyjechał do Anglii...

...Powiedziałem mu, Kaziu – wszędzie, ale nie tam. To był najgorszy wybór w jego życiu. Prawda jest taka, że po kapitalnym 1972 roku mieliśmy trafić do wielkich klubów Europy. Chciały nas Real i kilka innych klubów z tej półki. Takie były jednak czasy.

Wasze ostatnie spotkanie?

Latem 1989 roku w USA. Był turniej oldbojów, naszym trenerem był Pan Kazimierz. W finale strzeliłem gola po podaniu Kazia. Długo wtedy rozmawialiśmy. Przyznam, że znam wiele tajemnic jego życia, o których nigdy nie powiem. Poznałem je na zgrupowaniach kadry i potem, po latach. Miał problemy i wtedy, w 1989 roku nie był szczęśliwym człowiekiem. Nie wierzę jednak w sugestie, że popełnił samobójstwo.

Dariusz Czernik / "Sport"

Polub Sportowybar na Facebooku

oceń
tak 1 100%
nie 0 0%

Opinie (0)

Pozostało znaków: 4000

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!