Robert Sycz jest już w 100% zdrowy i nie zamierza rezygnować z walki o udział w igrzyskach w Londynie. Po przykrym wydarzeniu na MŚ w Bledzie, gdzie dwukrotny mistrz olimpijski doznał udaru nie ma już śladu. - Będę się przepychał łokciami, żeby znaleźć się w składzie na Londyn - zapowiada.
Doświadczony zawodnik zapowiadał walkę o medale na mistrzostwach świata w Bledzie. Tam jednak doszło do nieszczęśliwego zdarzenia. Trzy godziny przed wyścigiem w dwójce podwójnej wagi lekkiej z zawodów Sycz zasłabł przed ważeniem i został wykluczony ze stawki zawodników.
Dwukrotny złoty medalista olimpijski jest już jednak po badaniach, które wykazały, że jest w 100% zdrowy.
- Zostałem przebadany "wzdłuż i wszerz" przez neurologa, laryngologa, okulistę i internistę. Był rezonans magnetyczny, sprawdzian wzroku, EEG głowy. Nie ma żadnych powikłań i mogę trenować - cieszy się Sycz.
- Dlaczego doszło do nieszczęścia w Bledzie? No cóż, albo jestem za stary, albo po prostu w Słowenii zrobiło się za ciepło, a my nie przeszliśmy okresu aklimatyzacji - mówi sześciokrotny medalista mistrzostw świata, który nie zamierza kończyć kariery i chce walczyć o start w igrzyskach olimpijskich w Londynie.
- Będę się przepychał łokciami, by tam się dostać. Cały czas liczę, że będę w stanie wiosłować na poziomie światowej czołówki. Na razie nie mówię o medalu, tylko o kwalifikacji olimpijskiej. Takie są moje obecne nadzieje - podsumowuje Robert Sycz.
WP.PL