"To skandal, żenada i wstyd na cały świat!"
(fot. Tomasz Wantula/Edytor.net/Newspix.pl)
Wiemy, kto zadecydował o otwartym dachu na Stadionie Narodowym!
Cała sytuacja przypomina nieco komedie Stanisława Barei. Mecz eliminacji mistrzostw świata organizujemy na najlepszym stadionie w Polsce, na którym trzy miesiące temu odbyło się spotkanie otwarcia mistrzostw Europy, a także ćwierćfinał i półfinał tego turnieju, ale nie jesteśmy w stanie rozpocząć imprezy ze względu na... padający deszcz. Wszystko w sytuacji, w której mamy techniczną możliwość zamknięcia dachu. Wybudowanego za ładnych parę złotych.
Ktoś powie: przecież decyzję o tym, że dach będzie otwarty, już dzień wcześniej podjął słoweński delegat FIFA Danijel Jost, który porozumiał się w tej kwestii z trenerami reprezentacji Polski i Anglii.
W porządku. Tylko dlaczego we wtorek, widząc, że pada od południa, nikt nie wpadł na pomysł, żeby dach jednak zamknąć? Zresztą, jak się okazuje - i tak byłoby za późno. Dach na Narodowym można zamykać lub otwierać, tylko w czasie, gdy... nie pada deszcz. Bareja, po prostu Bareja!
Leje co najmniej od dziesięciu godzin, murawa staje się coraz bardziej grząska, a kałuże coraz szersze i głębsze. A dach? Ciągle otwarty!
Kiedy patrzę na boisko, przypomina mi się niedawny pomysł budowy na tym obiekcie skoczni narciarskiej. Wprowadzenie tu nowych dyscyplin sportu na pewno byłoby marketingowym strzałem w dziesiątkę i mocnym zastrzykiem finansowym dla operatora stadionu.
Tylko po co tak droga inwestycja? Po co budować skocznię!? Przecież wystarczy poczekać jeszcze ze dwie godziny, a przy Al. Poniatowskiego będziemy mieli największy basen w Europie! Otylia Jędrzejczak lub Paweł Korzeniowski mogliby przyciągnąć tu nie mniejszą widownię niż Kamil Stoch...
OK, koniec żartów. Bo wśród większości fanów, którzy we wtorek wieczorem przebywają na Stadionie Narodowym, decyzja o przełożeniu meczu, nie wywołuje uśmiechu, lecz zgoła odmienne emocje - wściekłość, żal i rozgoryczenie.
"Złodzieje, złodzieje!" - daje się kilkakrotnie słyszeć z trybun podczas 45 minut nudy i oczekiwań na... potwierdzenie decyzji o odwołaniu meczu (bo chyba nikt nie łudzi się, że spotkanie jednak się rozpocznie). Tym okrzykom trudno się dziwić. W końcu na trybunach zasiada mnóstwo ludzi, którzy - chcąc spotkanie z Anglią obejrzeć na żywo - przejechali kilkaset kilometrów.
Przejechali pół Polski, zapłacili za bilety, opłacili transport, a w wielu przypadkach musieli również załatwić sobie urlopy w pracy - w końcu mecz odbyć się miał w środku tygodnia...
- Decyzja, żeby nie zamykać dachu, była skandaliczna! A jeżeli chodzi o samo odwołanie meczu, to... przecież to nie była ulewa. To był lekki deszcz! Zresztą, kiedy podczas Euro 2012, na Ukrainie faktycznie doszło do oberwania chmury, to po upływie pół godziny wznowiono mecz. Dlaczego my tak nie możemy!? To skandal, żenada i wstyd na cały świat! - mówią kibice z Borzechowa: "Szopo" i Mariusz o ciekawej ksywie "Toporek".
- Przyjechaliśmy tu autokarem w osiemdziesiąt osób. Ludzie, przecież my mamy pracę! Wzięliśmy sobie wolne, pozamienialiśmy się dyżurami! Teraz wrócimy na rano do Lublina. I co? Po paru godzinach znów mamy jechać!? No jak!? - pytają rozgoryczeni.
Nie mniej żalu widać jest wśród kibiców z Mazur.
- Ta decyzja jest dramatyczna. Po co mamy zasuwany dach - jeden z niewielu w Europie!? Po co, skoro nie zamykamy go przed deszczem!? Przecież od dwóch dni wiadomo było, że we wtorek będzie padać! Osoba, która podjęła decyzję o tym, że dach będzie otwarty, powinna stracić pracę! - uważa rozżalony Radek, przedstawiający się również jako "Szer".
- Teraz musimy szukać noclegu w Warszawie. A przecież nie każdego na to stać! Osobiście przyjechałem z Ełku, a po meczu planowałem wracać bezpośrednio na Mazury. Wybraliśmy się tu zorganizowaną 15-osobową ekipą. Koszt transportu jednej osoby wynosił 70 złotych. Ile mamy teraz dopłacić za nocleg w stolicy? 200-300 złotych!? To jest dramat! - ocenia.
- Nasuwają się trzy pytania. Dlaczego murawa nie była odpowiednio przygotowana? Dlaczego drenaż nie funkcjonował? I dlaczego ten dach, który kosztował miliony złotych, nie działa tak, jak powinien? - pytają wzburzeni kibice z "Grodu Kraka".
- Przyjechaliśmy tu z Małopolski. Mieliśmy zaplanowany powrót do Krakowa autokarem bezpośrednio po meczu o 24.00. Wszystko było dograne, a teraz nawet nie wiem, o której będziemy wracać. Podejrzewamy, że wcześniej, choć nie ma to znaczenia - zaznaczają.
Krakowscy kibice przekonują, że zwrot pieniędzy za bilety nie stanowi dla nich największego problemu.
- Z jednej strony oczekujemy zwrotu, a z drugiej: jesteśmy kibicami i przejechaliśmy kilkaset kilometrów, żeby obejrzeć mecz. A co zobaczyliśmy? Mokrą murawę i tyle. Zmokliśmy i jeszcze nabawimy się zapalenia płuc. Wielki wstyd i wielki żal. Można było ten stadion bez dachu wybudować. Byłoby taniej - uważają.
I niewątpliwie mają dużo racji. Kiedy patrzymy na funkcjonalność dachu na Stadionie Narodowym, przypominają się słowa wesołej rymowanki:
Pada sobie deszczyk, pada sobie równo
Raz spadnie na kwiatek, a raz na...
Wiecie na co.
Michał Bugno, Wirtualna Polska























